Dariusz Gęsior - nowy doradca do spraw transferowych i sportowych Ruchu Chorzów - ma być piłkarskim łowcą głów. Rok temu Dariusz Gęsior miał poprowadzić Ruch Chorzów do ekstraklasy, przegrał jednak z kontuzją. Teraz wraca, ale już jako działacz.
Jak Pan sobie wyobraża swoje nowe zajęcie?
Dariusz Gęsior: - Poszukiwanie nowych piłkarzy, wybór, rozmowy i... na koniec finalizacja transferu. Decydujące zdanie oczywiście będą mieć trener Duszan Radolsky i właściciel klubu Mariusz Klimek. Ja będę takim, powiedzmy, piłkarskim łowcą głów... Mogę doradzić, ale na pewno nie będę w pojedynkę kreował polityką transferową klubu. To nie ja daję pieniądze na zespół, to nie ja prowadzę treningi. Mogę za to spojrzeć na drużynę z boku i na chłodno ocenić czego potrzebuje.
Będzie Pan działaczem, którego zawsze można spotkać w klubie?
- Na pewno nie dam się wcisnąć za biurko. W dalszym ciągu będę też doradcą inwestycyjnym. Na temat lokowania pieniędzy rozmawiam z wieloma piłkarzami. Nie wykluczam, że wśród z nich znajdują się i nowi zawodnicy Ruchu. A dodam, że pomagam też reprezentantom Polski.
Ostatnio pojawiła się plotka, że na liście życzeń Ruchu są Sebastian Mila i Jarosław Bieniuk.
- Nie wierzę w takie transfery, a już na pewno nie zimą. Rozmawiamy w klubie o różnych nazwiskach, ale tych jeszcze nie słyszałem. Zresztą z Jarkiem Bieniukiem rozmawiam niemal codziennie. Coś by mi powiedział, gdyby planował przeprowadzkę do Chorzowa...
Ogląda Pan niemal każdy mecz na Cichej. Teraz pewnie się to zmieni...
- Na pewno. Tak jak powiedziałem nie chcę być działaczem, który realizuje swoje pomysły zza biurka. Gdy tylko będzie taka potrzeba, to ruszę w Polskę. Nie ma co ukrywać, że moja praca będzie się głównie opierać na gadaniu, namawianiu, a przecież nie ma to jak bezpośredni kontakt.
Od jednego z wysoko postawionych działaczy niebieskich usłyszałem, że w przyszłości będzie Pan wymarzonym prezesem Ruchu...
- Miło to usłyszeć. Nie wybiegam jednak myślami aż tak daleko. Cieszę się, że robię to, co lubię. Po zakończeniu kariery nadal jestem blisko piłki nożnej, a na dodatek w swoim klubie.
Nie ma Pan wyjścia, bo w przyszłości będzie to klub Pańskiego syna.
- Tak, bardzo bym chciał, żeby Bartek zagrał w lidze w niebieskiej koszulce. Na razie ma dziewięć lat, ale talentu na pewno więcej niż ja w jego wieku. Tak jak tata kręci się głównie w środku pola. Lubi rozgrywać, strzelać bramki. Jest bardzo sprawny, bo zanim trafił na boisko to zapisałem go na karate. Co ciekawe, jeszcze trzy lata temu w ogóle nie interesował się piłką. Nie wiedział nawet, w jakim klubie gra jego ojciec. Pamiętam jak syn Piotra Reissa katował go składami wszystkich drużyn grających w Lidze Mistrzów, a Bartek nic z tego nie rozumiał.
Przed Ruchem mecz z Widzewem Łódź w 1/8 finału Pucharu Polski. Myśli Pan, że niebiescy mogą sięgnąć po to trofeum?
- Przy odrobinie szczęścia w losowaniu? Dlaczego nie! Jedenaście lat temu zdobyliśmy Puchar, grając w drugiej lidze, w 1993 roku niebiescy wprowadzili do finału rezerwy. W tych rozgrywkach wszystko może się zdarzyć. Wierzę, że uporamy się z Widzewem i powalczymy dalej.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice