20 goli na przestrzeni czternastu miesięcy strzelił Grażvydas Mikulenas w barwach II-ligowego Ruchu Chorzów. Od chwili gdy litewskiego napastnika ściągnięto na Cichą, "Niebiescy" obrali kurs w stronę ekstraklasy. - Niedużo zabrakło już w pierwszym sezonie, ledwie kilku punktów. Za to w ubiegłym pokazaliśmy na co nas stać. Cały Chorzów marzył o awansie, ja również - wspomina dobre czasy "Graża", który w bieżącym sezonie strzelił tylko jednego gola. Powód jest prosty: zagrał w ledwie trzech meczach...
Jest pan żelaznym rezerwowym. Czyżby pana era na Cichej zmierzała ku końcowi?
- Nie chcę na głos wypowiadać takich słów, ale realia są takie, że latem zmienił się trener i od tego momentu nie gram. Nikt na razie nie został jednak skreślony, więc ciężko trenuję i nadal liczę, że jeszcze trochę tych goli strzelę. Nie wszystko niestety zależy ode mnie. Jeśli nie będzie wyników, to może się na Cichej wiele zmienić. Nie wiem, czy wtedy będzie dla mnie tu miejsce... Nie chcę się zresztą nad tym zastanawiać. Koncentruję się na tych meczach, które są przed nami. Liczę, że dostanę szansę w najbliższym spotkaniu Pucharu Ekstraklasy. Będę chciał udowodnić, że stać mnie nadal na grę w I lidze.
Należy pan do ambitnych ludzi. Bycie rezerwowym jest dla pana dużym problemem?
- Oczywiście. Chcę grać od początku w każdym meczu, ale wiem też, że miejsc w składzie jest tylko jedenaście, a chętnych znacznie więcej. Dla dobra drużyny usiądę na ławce, co nie oznacza, że czuję się słabszy od kolegów.
Siedząc na ławce lub na trybunach mocniej przeżywa pan niepowodzenia?
- Bywa, że gniew mnie ogarnia, gdy widzę, że coś nie wychodzi. Z boku grę widać znacznie lepiej. Oglądając kolegów zastanawiam się co ja bym w danej sytuacji zrobił. Mam chęci, aby coś poprawić, a nie mogę. Tymczasem na boisku na myślenie nie ma ani czasu, ani nie pozwala na to adrenalina.
Z czego wynika ostatnia słabsza forma, i czy cieszycie się, że mecz z GKS Bełchatów odbędzie się dopiero w przyszłym tygodniu?
- Parę dni bez meczu powinno nam dobrze zrobić. Jest czas, aby ochłonąć i naprawić błędy. Na analizach wideo czasami łapiemy się za głowy. Niestety, rywale w I lidze wykorzystują każde najmniejsze potknięcie. Ci na zapleczu często darowali nam nawet poważne błędy. Po awansie zespół, jak i każdy z zawodników musi dojrzeć do gry w ekstraklasie. Powodów do żartów obecnie nie mamy, ale najważniejsze, że nie tracimy wiary, że karta się odwróci.
Cały artykuł znajdziesz w dzienniku "Sport"
fot. Tomasz Wantuła