- Po awansie do ligi sytuacja klubu bardzo się zmieniła - z myśliwego, który wygrywał mecz za meczem, dla wielu staliśmy się zwierzyną. Powiedzmy sobie szczerze, że pierwsza ósemka ekstraklasy to bardzo mocne kluby. Najpierw musimy znaleźć się w tej ósemce, a potem pomyślimy o mistrzostwie - mówi trener Duszan Radolsky.
Szkoleniowiec niebieskich i jego piłkarze nie mieli dużo czasu na rozpamiętywanie wysokiej porażki z Lechem (2:6). Już w środę niebiescy zagrają u siebie o awans do 1/8 Pucharu Polski. Rywalem Ruchu będzie Górnik Łęczna (godz. 18).
Pod znakiem zapytania stoi występ dwóch poobijanych napastników: Martina Fabusza i Remigiusza Jezierskiego, którzy będą raczej oszczędzani na niedzielne spotkanie z Wisłą Kraków.
Po porażce z Lechem Poznań nie zostawił Pan na piłkarzach suchej nitki. Ponoć Pana krzyk było słychać w całym budynku...
Duszan Radolsky: Nie chcę o tym mówić! Szatnia i to, co się w niej dzieje, to dla mnie temat tabu. Czy normalni ludzie mówią każdej napotkanej osobie o tym, co dzieje się w ich sypialni? Nie, bo to przecież byłoby nienormalne. Dla zespołu takim intymnym miejscem jest właśnie szatnia.
Jesienna runda przekroczyła półmetek. Poza wpadką z Lechem Ruch prezentuje się naprawdę dobrze...
- Analizuję każdy mecz. Zastanawiam się nad tym, co dobre, a co złe. Proszę spojrzeć (Radolsky sięga do teczki)... to tylko jedna z analiz, ale jasno z niej wynika, że naszą słabością jest gra zaraz po przerwie. Między 45. a 60. minutą straciliśmy trzy gole, a nie zdobyliśmy żadnego.
Dlaczego tak jest?
- A to już trzeba zestawić ze statystykami piłkarzy. Słabość na boisku zawsze ma odbicie w wyniku. Mecz z Lechem jest dla mnie niczym czarny punkt. Odstępstwo od normy. Na naszej wysokiej porażce zaważyły przede wszystkim błędy w kryciu. W polu karnym obrońca musi być jak plaster, a im bliżej bramki, tym klej musi być mocniejszy. Tego mi zabrakło. Do tego doszły błędy indywidualne. Tylu nie popełniliśmy nigdy! Na dodatek zostaliśmy też ukarani, bo... zagraliśmy nie fair. Nie wybiliśmy piłki, gdy rywal leżał na boisku.
Każda porażka boli, ale tak wysoka to już bardzo. Zawiedliśmy naszych kibiców. Zamykam oczy i widzę ich na stadionie Lecha. Byli załamani. Nie zasłużyli na to. Postaramy się, żeby podobne spotkanie już się nigdy nie powtórzyło.
Nie licząc najsłabszych dziś drużyn z Bytomia i Sosnowca, Ruch traci w lidze najwięcej bramek. Z czego to wynika?
- Różnie. Czasami brakuje nam koncentracji, innym razem ligowego cwaniactwa. Bardzo dużo kosztują nas indywidualne błędy. Mam w kadrze piłkarzy, którzy potrafią przez 70 minut grać tak, że ręce same składają się do oklasków. Niestety, zawsze dopada ich moment słabości i wtedy wszystko się sypie.
W meczu z mistrzem Polski - z Zagłębiem Lubin - Ruch był drużyną lepszą. Lubinianie wciąż wierzą w obronę tytułu, dlaczego równie wysoko nie może dziś sięgać Ruch?
- Tego się nie da zrobić. Spójrzmy realnie... Przecież jeszcze na kilka dni przed startem ligi w ogóle nie byliśmy pewni [kłopoty z licencją - przyp.red.], czy w niej zagramy! To nie pozostawało bez wpływu na nasze przygotowania. Teraz mogę już powiedzieć, że w szatni było bardzo nerwowo.
Po awansie sytuacja klubu bardzo się zmieniła - z myśliwego, który wygrywał mecz za meczem, dla wielu staliśmy się zwierzyną. Powiedzmy sobie szczerze, że pierwsza ósemka ekstraklasy to bardzo mocne kluby. Najpierw musimy znaleźć się w tej ósemce, a potem pomyślimy o mistrzostwie.
Jak tego dokonać?
- Po prostu musimy ustabilizować formę. Fakt, zremisowaliśmy - a mogliśmy nawet wygrać - z bardzo mocnym Zagłębiem. Cóż jednak z tego, skoro kilka dni później przytrafiła nam się taka wpadka w Poznaniu. Lubinowi to się nie zdarzy...
Wiem, że po każdym spotkaniu ocenia Pan wszystkich piłkarzy. Czy są i tacy, do których stracił Pan już zaufanie?
- Jeszcze nikogo nie skreśliłem, ale przyznam, że jestem już blisko. Już wiem, że niektórzy nie zagrają na takim poziomie, jakiego bym oczekiwał. Nazwisk na razie nie podam.
Trenerzy i kibice innych drużyn zgodnie twierdzą, że Ruch prezentuje się najlepiej spośród beniaminków. To dla Pana ważne?
- Styl jest ważny dla widowiska. Ja jednak wiem, że jeżeli nie pójdą za tym punkty, to kibice szybko zapomną o chwilach uniesienia. Liczy się to, co w tabeli. Mnie cieszy to, że w żadnym z dotychczas rozegranych spotkań nasza gra nie była gorsza od rywala. Może nie zawsze wszystko było ekstra, ale zawsze walczyliśmy jak równy z równym.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice