Przed meczem z Widzewem mówiło się głównie o powrocie do polskiej ekstraklasy Grzegorza Piechny, a tymczasem pan okazał się w sobotę znacznie lepszy od popularnego "Kiełbasy" mając udział przy obydwu bramkach Ruchu.
Remigiusz Jezierski: - Mówiło się głównie o Grześku, bo wiadomo było, że on zadebiutuje w tym meczu w barwach Widzewa. Mój występ nie był wcale pewny, bo gdyby nie niekorzystny wynik, to pewnie trener Radolsky jeszcze oszczędzałby moje zdrowie. Cieszę się jednak, że mój powrót był tak udany i pomogłem drużynie przywieźć z Łodzi cenny punkt.
W spotkaniu 2. kolejki z Cracovią doznał pan kontuzji barku, która miała wykluczyć Jezierskiego z gry na co najmniej dwa miesiące. Tymczasem wrócił pan po niespełna miesiącu i od razu zaczął strzelać bramki.
Bardzo się cieszę, że tak szybko wróciłem na boisko. Po wizycie w jednym szpitalu udałem się na kolejną konsultację do Piekar Śląskich, gdzie lekarze zdecydowali o zdjęciu gipsu. W ten sposób wróciłem do treningu. Najpierw tylko truchtałem, ale później zacząłem ćwiczyć z drużyną. W poprzednim meczu z Koroną Kielce siedziałem już na ławce rezerwowych, a teraz trener Radolsky wpuścił mnie na ostatnie 30 minut gry i okazało się, że nadal jestem w formie z początku sezonu.
Pańskie wejście na boisko odmieniło losy meczu.
Niemal przez całe spotkanie mieliśmy przewagę, ale kiedy pojawiłem się na murawie wreszcie udokumentowaliśmy ją bramkami. Najpierw wypracowałem rzut karny, bo faul Lisowskiego na mnie był ewidentny. Później przejąłem odbitą piłkę, przełożyłem ją sobie na lewą nogę i sam wpisałem się na listę strzelców. Zremisowaliśmy z Widzewem, ale przynajmniej ja czuję po tym spotkaniu niedosyt, bo biorąc pod uwagę liczbę sytuacji strzeleckich, powinniśmy przywieźć z Łodzi komplet punktów.
W Łodzi wreszcie towarzyszyli wam chorzowscy kibice.
Dzięki nim atmosfera na stadionie była fantastyczna. Wiadomo, że fani Ruchu i Widzewa się przyjaźnią, więc na trybunach był to mecz przyjaźni. Kiedy zamiast wyzwisk słyszy się chóralne śpiewy, to każdy daje z siebie wszystko. Przy takim dopingu naprawdę chce się grać.
źródło: Dziennik Zachodni