Gdy Dariusz Gęsior zaczynał jako nastolatek w Ruchu Chorzów, Polską wciąż rządził Wojciech Jaruzelski, a USA Ronald Reagan. Jeszcze w wieku 37 lat należał do najlepszych defensywnych pomocników ligi i gdyby nie kontuzje, pewnie grałby do dziś. Teraz jest doradcą finansowym, myśli o karierze działacza piłkarskiego i przygotowuje się do swojego benefisu. Uroczyste pożegnanie Dariusza Gęsiora odbędzie się 2 września na stadionie chorzowskiego Ruchu.
Koniec kariery to dla każdego piłkarza przykra chwila. Szczególnie wtedy, gdy wszystko kończy kontuzja...
Dariusz Gęsior: - Od pierwszego treningu żyłem ze świadomością, że przyjdzie taki dzień. Nie, nie myślałem, że stanie się to za rok, dwa, dziesięć. To mogło stać się zawsze, choćby jutro. Pamiętam taki obrazek: mam 19 lat i leżę na szpitalnym łóżku po operacji kolana. Ledwo się obudziłem i już nachyla się nade mną lekarz i mówi: "Oj, chłopcze, ty już w piłkę nie zagrasz...". Po takim początku trudno być optymistą.
Pierwszy kontrakt z Ruchem podpisał pan w wieku 16 lat! Treść tej umowy miała dla pana jakiekolwiek znaczenie?
- Żadnego. Osiągnąłem coś, o czym marzyłem od chwili, gdy pierwszy raz zrozumiałem, że chcę być piłkarzem. Już taki mam charakter, że jak coś sobie postanowię, to nie odpuszczę. Nie daję się łatwo sterować. W podstawówce zależało mi na wzorowej ocenie z zachowania. Starałem się, ale nic z tego nie wychodziło. W końcu moja wychowawczyni powiedziała mi, że droga jest prosta i jedna. "Musisz zapisać się do harcerstwa" - powtarzała. "O nie! - pomyślałem - nie założę mundurka tylko dla zasady", i szczerze znienawidziłem harcerzy. Cel osiągałem sam albo wcale.
Zadebiutował pan w Ruchu, gdy zespół spadł do drugiej ligi. W kadrze aż roiło się od uznanych piłkarzy. Jak przyjęli młokosa?
- Bolesny to był czas. Wchodzę do szatni, a tu nie mam nawet szafki, w której mógłbym się przebrać. To jednak dało się przeżyć, prawdziwą katorgą były treningi. Stara gwardia trzymała młodych na dystans. Pamiętano nam każde złe zagranie, wytykano palcami. Mieliśmy też swoje prawa: nosić sprzęt, sprzątać i nie pyskować.
Z czasem poznaliśmy się lepiej. Starzy zdali sobie sprawę, że możemy im pomóc wygrywać. Pomogli mi Albin Wira, Leszek Wrona, Krzysztof Warzycha. Połączył nas cel.
W pierwszym roku awans, w drugim mistrzostwo Polski. Lepszego początku przygody z piłką nie mógł pan sobie wymarzyć.
- To mistrzostwo zdobyliśmy z marszu. Zaskoczyliśmy samych siebie. Jesienią graliśmy bez presji i wygrywaliśmy mecz za meczem. Zaczęła się wiosna, a my dalej wygrywamy! W szatni coraz częściej toczyły się dyskusje "a co by było, gdyby...". I wreszcie przyszedł wyjazdowy mecz z Górnikiem Zabrze. Strzeliłem wtedy swojego pierwszego gola w lidze, drugą bramkę dołożył Krzysiek Warzycha i wygraliśmy 2:1! Górnik miał karnego, ale nikt nie chciał go strzelać. Wypchnęli Ryśka Cyronia, ale nasz Rysiek, czyli Kołodziejczyk, obronił. Wtedy uwierzyliśmy, że mistrza już nie oddamy.
Zmienił się pan po tym sukcesie?
- Sukcesy nigdy mnie nie zmieniały. Co najwyżej podnosiły poprzeczkę. W piłce już tak jest, że jednego dnia noszą cię na rękach, a drugiego chcą cię zrzucić z mostu.
Myśli pan o roku 1997, gdy zarzucono panu sprzedanie meczu?
- Siedziało to we mnie latami. Jeden ze starszych piłkarzy Ruchu powiedział mi kiedyś, że w tamtych czasach, by uwolnić się od tego klubu, trzeba było coś "naburzyć". Ja nie "naburzyłem", ale niesmak pozostał. To był zły czas dla Ruchu. Działacze osłabiali zespół, nowi zawodnicy nie grali na miarę oczekiwań. Porażki najłatwiej było wytłumaczyć słabościami piłkarzy [oprócz Gęsiora działacze oskarżyli też Dariusza Fornalaka i Mirosława Mosóra]. Odszedłem do Widzewa. Gdy po kilku miesiącach przyjechałem na Cichą w barwach nowego klubu, cały stadion skandował moje nazwisko, a poniżał działaczy, którzy obrzucili błotem mnie i kolegów. I niech to starczy za cały komentarz do tamtych wydarzeń.
Najczęściej grał pan na pozycji defensywnego pomocnika, czyli na pozycji dla piłkarzy o końskim zdrowiu. Tymczasem lata mijały, a pan wciąż był stawiany za wzór dla młodzieży. Skąd miał pan tyle sił?
- Dla mnie każdy mecz był najważniejszy. Nigdy nie kalkulowałem - dziś sobie odpuszczę, bo za trzy dni gramy z Legią czy Wisłą. Radość czerpałem nie tylko ze zwycięstw, ale przede wszystkim z gry. Gry ofensywnej, ze strzelania bramek. Wybijanie, przeszkadzanie - to mnie nigdy nie bawiło.
A zdrowie?
- Siłę brałem z biegania. Gdy jeszcze byłem w podstawówce, zostałem wybrany sportowcem szkoły. Moja pani od WF-u dała mi z tej okazji piękne kolce do biegania. W tamtych czasach mieć takie buty to był skarb. Oddałem je jednak, bo już wtedy wiedziałem, że chcę grać w piłkę.
Bieganie jednak wciąż mi towarzyszyło. Zimą, gdy piłkarze mają kilka tygodni wolnego, większość z nich rzuca w kąt dres, piłkę. Ucieka od wysiłku. A ja odwrotnie. Wczasy traktowałem jak obóz sportowy. Bieganie po plaży, bieganie po lesie. Dochodziło do tego, że po urlopie ważyłem mniej niż w trakcie sezonu.
Słyszałem, że wytrwałości w dochodzeniu do celu nauczył pana dziadek.
- Dziadek pokazał mi, jak grać w szachy, a że graczem był niezłym, to przez długie lata tylko przegrywałem. Złościłem się, ale dzień w dzień siadałem do stołu. Dziadek widział moje słabości. Czasami grał bez królowej i dalej mi dokładał. Przyszedł jednak taki dzień, że przegrał. Dziś już nie pamiętam, kiedy to się stało, ale to wciąż we mnie siedzi. Wtedy zrozumiałem, ile warta jest wytrwałość.
Brat dziadka Wincenty też był piłkarzem Ruchu, wielokrotnym reprezentantem Śląska. Może to jego geny odezwały się w panu po latach?
- Może... Wincentego znam tylko z opowiadań. Na niezłego piłkarza zapowiadał się też mój ojciec. W pewnym momencie zapałał jednak miłością do wody i zaczął trenować skoki z trampoliny.
Ponad 20 lat zawodowej kariery i tylko polskie kluby. To świadomy wybór?
- Nie do końca, bo też kilka razy byłem naprawdę blisko tego, by wyjechać za granicę. Po olimpiadzie w Barcelonie Włodek Lubański pomógł mi wyjechać na testy do Sochaux. Było fajnie do czasu, gdy kluby zaczęły rozmawiać o pieniądzach. Ruch zażądał za mnie więcej, niż Sochaux zapłaciło za piłkarza kiedykolwiek w historii tego klubu. Podobnie było z Fortuną Düsseldorf, klubami ze Szwajcarii...
Gdy już byłem piłkarzem Widzewa, pojechałem razem z Jurkiem Brzęczkiem na testy do Izraela, do Maccabi Hajfa. Uzgodniłem warunki kontraktu i wróciłem do Polski. Dla przyjemności zagrałem w turnieju halowym w Spodku i... coś mi strzeliło w kolanie. Okres transferowy się kończył, działacze Maccabi nalegali, żebym przyjechał - nawet z kontuzją. Odmówiłem, bo nie chciałem się ośmieszać. Efekt był taki, że po trzech dniach opuchlizna zeszła, a ja zagrałem całą rundę, tyle że w Polsce.
Ale dzięki temu był pan bliski ustanowienia rekordu ilości spotkań rozegranych w polskiej lidze. Do osiągnięcia Marka Chojnackiego (452 mecze) zabrakło zaledwie 25 spotkań.
- Skłamałbym, gdybym powiedział, że o tym nie myślałem. Niewiele brakło. Tak naprawdę mogłem być teraz piłkarzem Ruchu, wchodzić w końcówkach spotkań na taktyczne zmiany i ten rekord pobić. Oszukałbym jednak tylko siebie.
Jak pan ocenia karierę reprezentacyjną? Tu uzbierały się 22 mecze.
- Można ją określić jednym słowem - niedosyt. Zacząłem świetnie - od gola w debiucie w wyjazdowym meczu przeciwko Urugwajowi. Z czasami mój entuzjazm jednak opadł. Dziwne układy rządziły wtedy kadrą. Jeździliśmy po świecie, graliśmy w towarzyskich meczach, turniejach, ale gdy przychodziło do walki o punkty, to pewne miejsce w składzie mieli piłkarze, którzy grali na co dzień za granicą. Grałeś w Polsce - byłeś za słaby, wyjechałeś - byłeś gość. Tylko atmosfera przez to kulała.
A co się stało ze złotym polonezem, nagrodą za wicemistrzostwo olimpijskie z Barcelony?
- Złoty polonez... Co to było za auto! Jego moc była wielka. Szybko sprzedałem je znajomemu z Chorzowa. Potem się spotykamy, a on mówi, że ludzie do niego podchodzą i proszą o autografy. To auto wciąż jeździ po Chorzowie!
Na srebrnym medalu z Barcelony cieniem kładzie się przyłapanie na dopingu trzech piłkarzy: Aleksandra Kłaka, Dariusza Koseły i Piotra Świerczewskiego.
- Zrobili z nas wtedy grupę szprycerów. To wierutne bzdury! Ci, którzy twierdzili, że w reprezentacji olimpijskiej doping był normą, powinni się zastanowić, co mówią. Przecież podwyższony poziom testosteronu wykryto u wspomnianej trójki po badaniach, które zlecano na wyraźne polecenie kierownictwa kadry. Ja nigdy nic niedozwolonego nie wziąłem! Z tamtego czasu zostały nam przyjaźnie na całe życie. Żona Grześka Mielcarskiego jest chrzestną mojego dziecka.
A Mirek Mosór, dyrektor Ruchu, ojcem chrzestnym drugiego?
- Wszystko dzięki piłce.
Grał pan w sześciu klubach. Proszę szybko powiedzieć, z czym kojarzy się panu Ruch?
- Jestem z Batorego, to mój klub. Chciałem grać w niebieskich barwach od dziecka.
Widzew?
- Wspaniała atmosfera.
Pogoń Szczecin?
- Dream team. Na treningu było czasami kilka tysięcy osób. Myślałem, że już się stamtąd nie ruszę, ale szybko się skończyło.
Amica Wronki?
- Profesjonalizm w największym wydaniu. Pierwszy raz nie martwiłem się o nic.
Wisła Płock?
- Fajny zespół, który zabiły... pseudowzmocnienia.
Groclin Grodzisk Wielkopolski?
- Pech. Po 12 dniach od podpisania kontraktu zerwałem przewodziciela. Wróżono mi koniec kariery, pojechałem jednak do Niemiec i rehabilitowałem się w towarzystwie Jürgena Kollera i Vratislava Lokvenca. Szybko wróciłem do gry.
Giełda?
- To już nie klub (śmiech). To pasja, sposób na życie. Współpracuję z Markiem Zuberem [znany ekonomista i analityk], jestem doradcą finansowym. Nie ukrywam, że najbardziej zależy mi na współpracy z piłkarzami. Na zachodzie Europy, w Belgii czy Holandii, to norma. Piłkarze inwestują pieniądze w fundusze, akcje, a po zakończeniu kariery mają zastrzyk gotówki na nowe życie.
Pana pierwsze akcje?
- Banku Śląskiego w 1992 roku. Z czasem zacząłem poświęcać giełdzie coraz więcej czasu. Śledziłem światowe indeksy, kursy walut, surowców. Staram się mieć wszystko pod kontrolą.
Ceny akcji pikują teraz ostro w dół, co by pan doradził swoim klientom?
- Przeczekać. Nie panikować. To nic przyjemnego dowiedzieć się, że akcje, za które zapłaciliśmy 20 zł, są warte cztery razy mniej, ale ich sprzedaż nic teraz nie zmieni. Za dwa, trzy miesiące wszystko wróci do normy. Polska gospodarka jest stabilna, krach nam nie grozi. Gdy jestem w dołku, przypominam sobie lata, gdy zaczynałem grać w Ruchu. Inflacja była wtedy tak ogromna, że wysokość premii zmieniała się co tydzień! To dopiero były szalone czasy.
Lubię ryzykować i nieraz już na akcjach straciłem. To jednak wliczone ryzyko i uprzedzam o nim każdego z klientów.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice