Niewielu kibiców pamięta go biegającego po boisku w kieleckiej, żółto-czerwonej koszulce. Opuścił Koronę, kiedy ta zaczęła piąć się w górę. Sam natomiast tułał się po mniejszych klubach, aż wiosną minionego sezonu trafił do chorzowskiego Ruchu. W niedzielnym meczu przeciwko byłej drużynie jednak nie zagra. - Szkoda, bo zależało mi na występie w tym spotkaniu - żałuje obrońca Niebieskich,
Krzysztof Nykiel.
Co pan pamięta z tego jednego sezonu gry w barwach Korony?
Krzysztof Nykiel: - Transfer do Korony był moim pierwszym wyjazdem poza rodzinną Łódź. Byłem bardzo młodym człowiekiem. Uważam, że mogłem tam zdziałać więcej, ale nie do końca się udało. Tak naprawdę to tylko końcówkę tamtego sezonu miałem w miarę udaną, bo początki były średnie. W pierwszej rundzie to zagrałem może w dwóch czy trzech meczach.
Czyli w sumie średnio wspomina pan tamten okres?
- Wręcz przeciwnie! Właśnie w czasie pobytu w Kielcach zostałem obrońcą i gram tu do dziś. A jeszcze na początku gry w Koronie występowałem na prawej pomocy, gdzie rywalizowałem o miejsce w składzie z Łukaszem Bujakiem. Byłem jednak troszkę rozczarowany faktem, że nie zostałem wtedy w Koronie. A nawet nie troszkę, tylko bardzo. To były początki Kolportera. Kiedy odchodziłem, przeczuwałem, że zespół w następnym roku awansuje do drugiej ligi zaraz po Cracovii.
Korona pięła się w górę, natomiast Pan swojego dalszego rozwoju kariery chyba nie uzna za szczyt marzeń.
- Na pewno nie. Tułałem się po małych miasteczkach, jak Janikowo czy Nowe Miasto Lubawskie. Dopiero później trafiłem do Polonii Warszawa, a potem do Radomiaka. Teraz dostałem szansę w Ruchu i zrobię wszystko, żeby już nie notować upadków, a jedynie wzloty.
Nie licząc obecnego sezonu, w ekstraklasie rozegrał pan jedynie sześć spotkań w barwach Polonii Warszawa. Chyba więc dopiero te rozgrywki może pan uznać za pierwszoligowy debiut w pełni? Tym bardziej, że ma pan pewne miejsce na prawej stronie Ruchu...
- Miejsca nikt nie może być pewien, tym bardziej, że po meczu z Zagłębiem Sosnowiec coś mnie dopadło. Sam jeszcze nie wiem, co to dokładnie jest. W każdym razie coś z brzuchem. Mam nadzieję, że się szybko wyleczę i wciąż będę przekonywał trenera Radolsky’ego, aby na mnie stawiał. A wracając do pytania... Nigdy nie jest za późno i na pewno te tułaczki trochę mnie nauczyły, nawet bardzo dużo.
Skupmy się na teraźniejszości. Bardzo dobrze rozpoczęliście sezon. Później jednak spadł na was dość chłodny prysznic. Taka rola beniaminka?
- Na pewno w tym pierwszym sezonie po awansie z drugiej ligi głównym założeniem jest utrzymanie się lub zajęcie w miarę mocnej pozycji w środku tabeli. Na początek wygraliśmy z Groclinem. Myślę, że to dla nich był zimny prysznic. Później przegraliśmy z Cracovią mecz, którego wcale przegrać nie musieliśmy. Tak samo było teraz, w spotkaniu z Górnikiem. Cała Polska widziała, że nie było karnego i że nie powinno być czerwonej kartki dla naszego bramkarza. Dobrze, że PZPN cofnął tę karę. Ale taka jest piłka, wygrywa ten, kto strzela bramki.
A może po tym zwycięstwie 4:1 nad Groclinem za bardzo uwierzyliście, że możecie od razu zwojować ligę?
- Nie, myślę, że nie. Mamy kilku na tyle doświadczonych zawodników, którzy potrafią odpowiednio pokierować młodszych chłopaków, w tym także i mnie. Ale wiadomo, 4:1 w pierwszym meczu - nikt się tego nie spodziewał, chociaż wyszliśmy na boisko z nastawieniem na trzy punkty. Przyznam jednak szczerze, że marzyliśmy o tym, żeby wygrać 1:0, a tu taka miła niespodzianka. Liga jest wyrównana i każdy może pokonać każdego.
O co więc Ruch walczy w tym sezonie?
- Uważam, że nie powinniśmy mieć problemów z utrzymaniem, ale jeśli chodzi o wyższe cele, to będzie trudno. Ten sezon będzie dla nas taki badawczy, przejściowy, który pokaże, na co nas stać w przyszłości.
Przed wami mecz z Koroną. Niestety, pan najprawdopodobniej nie pomoże kolegom w walce z byłym zespołem...
- No szkoda. Bardzo żałuję. W tym sezonie są trzy takie szczególne dla mnie spotkania: święta wojna z Górnikiem, mecz Koroną i z ŁKS-em, którego jestem wychowankiem. Dwa pierwsze mi uciekły, ale mam nadzieję, że przynajmniej z moją rodzimą drużyną uda mi się zagrać.
Korona jedzie do was rozpędzona po pewnym zwycięstwie z Odrą i bardzo udanych sparingach w środku tygodnia. Co zrobić, aby ją zatrzymać?
- Podchodzimy do tego spotkania tak, jak do każdego innego. Ten zespół ma ambitne plany i musimy być maksymalnie skoncentrowani przez całe 90 minut. Na pewno dużym naszym atutem jest własne boisko, bo Korona na wyjazdach gra bardzo przeciętnie. Ale nie patrzymy na to. Będzie to z pewnością trudna przeprawa, bo to wymagający rywal. Zwycięstwo 7:1 nawet w sparingu robi wrażenie, niezależnie od przeciwnika. Musimy wierzyć we własne umiejętności, których nam na pewno nie brakuje.
Na którego gracza Korony musicie zwrócić szczególną uwagę?
- Na Ediego. Udowodnił, że z tych wszystkich Brazylijczyków, którzy ostatnio występowali w polskiej lidze, jest najbardziej wartościowym piłkarzem. Zarówno w Pogoni, jak i teraz w Koronie, to wiodąca postać zespołu. A poza nim, to doświadczony Piotrek Świerczewski, który jednak z tego, co wiem, w niedzielę nie zagra.
Będzie wam o tyle trudniej, że zabraknie wam dwunastego zawodnika – kibiców.
- Niestety... Chociaż troszeczkę ich będzie. Gdyby nie kara nałożona przez PZPN, to uważam, że byłoby blisko kompletu na stadionie, tym bardziej, że to niedziela. Liczyliśmy na doping, ale mówi się trudno. Tak czy siak - gramy dla nich. Mecz jest transmitowany na żywo, więc będą nas oglądać.
źródło: sportowefakty.pl