W przerwie letniej z GKS-u Katowice do chorzowskiego Ruchu przeszedł Tadeusz Bartnik. 27 letni obrońca niemal do ostatniej chwili wahał się czy odejść z drużyny ze stolicy Śląska. W końcu jednak zdecydował się opuścić Bukową i rozpoczął przygodę w ekipie trenera Dariusza Fornalaka. Tymczasem wczoraj otrzymaliśmy szokującą wiadomość: GKS Katowice nie uzyskał pozwolenia na grę w II lidze. Tym samym Derby Śląska się nie odbędą, choć sami kibice rozpoczynali już nawet przygotowania do tego wydarzenia. Psychicznie do tego spotkania nastawiał się także nowy defensor „Niebieskich”. Niestety, jak się później okazało, na próżno…
- Jak pan przyjął wiadomość o tym, że GKS w opinii mediów rozpocznie kolejny sezon od B-klasy?
- No mam nadzieję, że aż tak czarno to nie będzie wyglądało! W tym całym smutku, jedynym pocieszeniem jest to, że gdzieś przeczuwałem to, iż w tym klubie nie będzie się za dobrze działo i ta moja decyzja o odejściu miała jakieś uzasadnienie i nie była bezpodstawnie podjęta. Jest to dla mnie taka jedyna mała satysfakcja. Niestety odbyło się to kosztem Katowic i dlatego żal mi przede wszystkim chłopaków. Nie jestem z tego zadowolony, że ten zespół będzie grał chociażby w czwartej lidze. Uważam, że to za nisko dla niego i nie zasłużyli na przede wszystkim kibice, zawodnicy i trenerzy.
- Nie czuje się pan jak kapitan uciekający z tonącego statku? Był pan przecież jedną z barwniejszych postaci w katowickim GKS-ie.
- Moim zdaniem nie ma podstaw do takiego myślenia z tego względu, że było tam wielu zawodników, którzy związani byli z klubem od wielu lat, grali tam i są ze Śląska. To właśnie oni pierwsi opuścili ten klub! Ja w sumie odszedłem jako ostatni, bo do ostatniej chwili chciałem z tym klubem jakoś być, a w momencie, kiedy zaczęła się sytuacja naprawdę beznadziejna, stwierdziłem, że nie ma to dalej sensu.
- Gdyby pan został jednak w GKS-ie, to co by pan teraz zrobił? Grałby pan dalej?
- Prawdopodobnie od wczoraj mój telefon byłby rozgrzany do czerwoności, ponieważ szukałbym innych, alternatywnych wyjść, by grać chociażby w tej drugiej lidze. To sprawia mi największą przyjemność, a granie w niższej klasie rozgrywek nie sprawiało by mi żadnej satysfakcji. Teraz byłyby ciężkie chwile przede mną i pewnie żałowałbym decyzji takiej, że zostałem, a tak przynajmniej mam to sumienie „wyczyszczone” i nie gryzie mnie ono tak mocno. Bo naprawdę myśli po odejściu z Katowic były różne, ale teraz to już się troszeczkę uspokoiło i wiem, że ta droga, którą wybrałem była tą, którą powinienem wybrać.
- A jak pana byli koledzy z drużyny oceniają sytuację w GKS-ie?
- Właśnie przed chwilą rozmawiałem z Mateuszem Sławikiem i wszyscy z żalem na to patrzą i każdy by chciał, by w tym klubie działo się jak najlepiej. Natomiast ci piłkarze znając sytuację tego klubu na tyle, wiedzieli, że po prostu muszą odejść. Widać, że decyzja każdego była przemyślana i teraz się to potwierdziło.
- Czy wówczas, jak pan grał w tym klubie, to otrzymywał pan sygnały, że to się tak może skończyć?
- Nie. Nawet, jak odchodziłem, byłem święcie przekonany, że zespół będzie grał co najmniej w drugiej lidze. Natomiast już kilka dni przed podjęciem decyzji, z Katowic dochodziły mnie takie głosy, że najprawdopodobniej ligowy sezon rozpoczną od czwartej ligi. Podkreślam, że była mowa o czwartej lidze, a nie B-klasie. Były zapewnienia, że mimo tego spadku o dwie klasy niżej, uda się zagrać bez długów. Było to rozwiązanie, któremu nawet piłkarze wychodzili naprzeciw. Wiem, że sponsorzy także się ku temu przychylali. Teraz się okazało, że może nikt im tej ręki nie poda i dopiero teraz mają ból głowy.
- Podziela pan zdanie kibiców, że wszystkiemu winien jest prezes "GieKSy"?
- Ja nie szukam winnych. Za krótko tam byłem, żeby tak to oceniać. Nie wiem jakie były postępowania pana Dziurowicza. Mogę je tylko oceniać po wycinkach prasowych, bo on mnie przecież nie informował o tym. Dlatego też ja nie chciałbym rzucać żadnych oskarżeń, podejrzeń. Ja już jestem poza tym wszystkim. Oni mają swoje problemy i ja już je zostawiam gdzieś na boku, bo jestem teraz już zawodnikiem Ruchu Chorzów.
- Spadł panu kamień z serca, gdy dowiedział się pan, że nie będzie derbów Śląska? Przecież nie tak łatwo grać przeciw swojemu byłemu klubowi, a także jego kibicom.
- Żadnej satysfakcji z tego powodu nie mam! Koledzy z drużyny są także z tego faktu bardzo niezadowoleni, bo liczyli na to, że derby będą. Są to przecież najważniejsze derby na Śląsku i dlatego wszyscy tego żałują, że takiego pojedynku nie będzie. Ja na pewno przeżywałbym wówczas trudne chwile, ale nie cieszę się z tego, że jednak stanie się inaczej.
- Co prawda nie pochodzi pan z tego regionu, ale czy nie dziwi pana szybka śmierć śląskiej piłki nożnej?
- Nie dziwi mnie to, ponieważ sytuacja w Poznaniu (stamtąd pochodzi piłkarz – przyp. red.) jest podobna, jak w wielu klubach na Śląsku. Niby bardzo bogate miasto; region, gdzie pachnie zachodem, a jak się patrzy na sytuację finansową klubu, to jest dokładnie taka sama jak tutaj. Także jest bieda, ludzie nie chcą dawać pieniędzy, a jeżeli już je mają, to lokują je w różnych innych interesach. Tylko chwała ludziom na Śląsku, którzy w tak ciężkiej sytuacji chcą dawać pieniądze na piłkę. Takich ludzi należy szanować i cieszyć się, że tacy są. Natomiast sytuacja piłki i ogólnie sportu w całym kraju jest bardzo ciężka. To, że region ma inne problemy i niekoniecznie jest tak bogaty jak pozostałe, to się to dokładnie przenosi na sytuację piłki. Dlatego, nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem i tak na razie będzie. Jeżeli koniunktura kraju się polepszy, jeżeli będą wchodziły na rynek nowe koncerny, będzie się zmieniała mentalność ludzi, wtedy sport będzie się odradzał. Natomiast w tej chwili jest kryzys naturalny i wydaje mi się, że nie ma innej drogi.