Przez ostatnie cztery lata coś mnie w środku uwierało. Długo nie wiedziałem co. Ale już wiem, bo właśnie przestało: w piątek - po latach posuchy i beznadziei - wracają wreszcie Wielkie Derby Śląska! Bez nich polski futbol jest jak Teletubisie bez Tinky Winky.
Górnik Zabrze i Ruch Chorzów: 28 tytułów mistrza Polski. To duuuuuużo więcej niż dorobek Warszawy, Poznania, Wrocławia i Gdańska razem wziętych. Dwie najbardziej utytułowane drużyny w polskiej ekstraklasie ostatni ligowy mecz rozegrały 19 marca 2003 roku. Potem Ruch spadł do II ligi, a Górnik kilkakrotnie desperacko, ale i szczęśliwie, bronił się przed degradacją. Jako że Ruch zdołał awansować, już za kilkanaście godzin zobaczymy 89. Wielkie Derby Śląska! Niektórzy powiedzą, że dopiero 89., ale przecież Ruch i Górnik rywalizują zaledwie od pół wieku. Wprawdzie oba miasta miały znakomite zespoły już przed wojną, ale rozdzielała je granica, więc w jednej lidze grać nie mogły. Jednak trzech wychowanków znakomitej drużyny Preussen Hindenburg (klubu z dzielnicy Zaborze) po wojnie zdążyło jeszcze zdobyć z Górnikiem Zabrze mistrzostwo Polski (Józef Kaczmarczyk, Antoni Franosz i Henryk Czech).
Dla mnie WDŚ to najważniejszy i najbardziej klasyczny z klasycznych meczów polskiej ligi. Podkreślam słowo "klasyczny". W ostatnich latach o "ligowych klasykach" słyszy się coraz częściej, przez co to sformułowanie niebezpiecznie traci na znaczeniu. Z reguły jest to bardziej rywalizacja konkurujących, niechętnych sobie metropolii niż walka dwóch naprawdę silnych drużyn piłkarskich. Większość z tych hitów jest tylko czczym wymysłem dziennikarzy. Zdradzę sekret: nakręcają oni koniunkturę, bo jednocześnie są kibicami jednej z drużyn biorącej udział w odtrąbionym przez nich "klasyku" i chcą, by ich zespół zyskał na prestiżu...
Zauważam dziwną prawidłowość: zarówno większość tych tzw. klasyków, jak i ważnych meczów derbowych w innych miastach Polski ma jedną charakterystyczną przypadłość. Owszem, są w nich zaciekłość, krew, pot i łzy, ale nie ma najważniejszego: stawki! Jeśli jedna z tych drużyn jest silna, to druga słaba, i odwrotnie. Tak jest z Legią i Polonią, ŁKS-em i Widzewem, Lechem i Wartą. Nigdy nie zdarzyło się, żeby dwie drużyny z Warszawy, Łodzi czy Poznania zajęły miejsce na ligowym podium w tym samym sezonie! Z Górnikiem i Ruchem jest inaczej. Wiele lat walczyły ze sobą naprawdę dwie najlepsze polskie drużyny. Oba kluby w jednym sezonie zajmowały miejsce na pudle aż siedmiokrotnie (1960, 63, 67, 68, 70, 74, 89). To jest klasyk! A że ostatnio podupadły? Grunt, że wraca, wierzę, że w wielkim stylu.
Chciałbym przestać rozpamiętywać chlubną przeszłość. Ale się nie da, bo jak sobie człowiek przypomina, to ogarnia go przyjemne drżenie...
Pierwsze WDŚ odbyły się w marcu 1956 roku. Tak się złożyło, że był to debiut Górnika w lidze i od razu przyjechał wielki Ruch (jeszcze z Cieślikiem). Ponad 25 tys. ludzi oglądało sensacyjne zwycięstwo gospodarzy 3:1. Od tego momentu rywalizacja obu gigantów śląskiego futbolu zawsze budziła wielkie emocje. Do legendy przeszło mnóstwo genialnych zagrań, fenomenalnych goli, zuchwałych bramkarskich parad. Kibice na trybunach grali w skata, wypijali pół litra i... dopingowali. Często nie wszystkim chętnym udawało się kupić bilet. Pechowcy stali pod bramami i czekali na litość działaczy. Litość pojawiała się w przerwie albo tuż po niej - wtedy podejmowano decyzję, żeby wpuścić nieszczęśników stojących pod bramą, a ci z obłędem w oczach wbiegali na trybuny. Rekord, który już nigdy nie zostanie pobity, padł w czerwcu 1968 roku. Ligowe derby numer 26 zobaczyło aż 80 tys. kibiców! Uwierzycie?! Miejsce: Stadion Śląski. Dwa lata później odbyło się spotkanie, o którym słyszałem od świadków, że było najlepszym ligowym meczem wszech czasów. Pierwszy gol padł w 1. min, ostatni tuż przed końcem. Po wspaniałej grze i dramatycznych zwrotach akcji Ruch wygrał 3:2.
W WDŚ było wiele momentów fantastycznych i wiele mniej chlubnych. Między kibicami stopniowo narastała niechęć, która przerodziła się w nienawiść...
Zdarzyło się po meczu w Zabrzu, kiedy Ruch przegrał mecz, że kopalniana orkiestra zagrała piłkarzom gości marsz żałobny. Fani z Chorzowa aż drżeli wówczas z wściekłości.
Zdarzyło się, że po przegranym meczu prezes Górnika z pianą na ustach wyzywał w szatni swoich piłkarzy od baranów, a prezesowi Ruchu kazał się wynosić ze stadionu.
Zdarzyło się, że piłkarze Ruchu podczas meczu otoczyli wianuszkiem sędziego i go skopali, a kiedy pytałem potem, dlaczego arbiter upadł, usłyszałem, że "akurat krety drążyły w ziemi".
Zdarzyło się, że niezadowolony "kibic" rzucił w sędziego owocem (chyba jabłkiem).
Zdarzyło się, że kasjer rwał sobie włosy z głowy, bo przed jednym ze spotkań przekazał kibicom rywala 2 tys. biletów. Potem skarżył się, że ci kupili jedynie 50, a resztę podrobili i w kilka tysięcy przyjechali na stadion.
Zdarzyło się, że emocji nie wytrzymał arbiter i już po kilkunastu minutach karetka odwiozła go na oddział intensywnej terapii Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii...
Co zdarzy się dziś? Jedno jest pewne: to będzie niezwykły mecz. Jeszcze nigdy nie czekaliśmy na niego tak długo jak teraz!
Paweł Czado
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice