Do redakcji "Gazety" zadzwonił oburzony Czytelnik, kibic Ruchu.
- Kupiłem bilet za 45 zł na piątkowy mecz Ruchu. Żeby go kupić, musiałem w kolejce stać dłużej, niż trwał sam mecz. Przed meczem na trybunie okazało się, że na moim miejscu ktoś siedzi i ma na to siedzisko wykupiony karnet. Zapytałem ochronę, gdzie mam usiąść, i zostałem odesłany do pani rzecznik. Ta zaproponowała mi, abym usiadł "gdzieś obok". Ale gdzie? Przecież wokół miejsca są zajęte, ciągle dochodzą ludzie i mam się wciąż przesiadać? - dopytywałem panią rzecznik. Zresztą, jak się później okazało, widziałem przynajmniej kilkanaście osób, które wymachiwały biletami i karnetami z tego samego siedziska. Ostatecznie pani rzecznik powtórzyła, że mam "gdzieś obok" usiąść, a jak nie znajdę miejsca, to mogę po meczu przyjść ją "poprzezywać". Podziwiam masochizm pani rzecznik, jednak płacąc wygórowaną cenę za bilet, chcę komfortowo i adekwatnie do ceny zająć spokojnie miejsce na siedzisku oznaczonym na bilecie i nie mam żadnej potrzeby wyzywać kogokolwiek, co zresztą chyba nie jest wliczone w cenę biletu. Kupię kolejny bilet za 45 zł (sic!). Jednak chciałbym wiedzieć, czy na wszelki wypadek nie lepiej wziąć ze sobą własne rozkładane krzesełko. Co na to pani rzecznik?
Czytelnik (nazwisko do wiadomości redakcji)
Odpowiada Danuta Drabik, rzeczniczka prasowa "Niebieskich":
- Pamiętam tego pana i jeszcze raz chciałabym go serdecznie przeprosić. Problem z biletami i karnetami na te same miejsca nie powstał z winy klubu, tylko drukarni, która wydrukowała też wejściówki na miejsce objęte rezerwacją. Zapewniamy, że podobna sytuacja już się nie powtórzy.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice