Od niego ma uczyć się nastoletni Maciej Sadlok. 33-letni
Ireneusz Adamski na boiskach ekstraklasy rozegrał już 44 mecze, ale sam ten fakt bagatelizuje. Powtarza, że to jedynie... "epizod". Warto przypomnieć, że nieco ponad rok temu biegał po boiskach III-ligowych, aby w efektownym stylu wrócić na salony z kolegami z Ruchu. - Nie robimy hałasu z tego, że jesteśmy liderem. Chcemy teraz podtrzymać dobrą passę i urwać punkty Cracovii. Już się zastanawiamy, jak wygrać ten mecz. Z góry jednak uprzedzam, żeby nikt nie patrzył teraz na nas przez pryzmat okazałego zwycięstwa z Dyskobolią. Mecz meczowi jest nierówny.
Co powiedział trener Radolsky, gdy wszedł po piątkowym meczu do szatni?
- Bardzo dziękował. Dla niego było to spotkanie z podtekstami. Pewnie chciał pokazać się z dobrej strony i udowodnić, że zespół, który obecnie prowadzi, nie będzie chłopcem do bicia. Że Ruch może być groźny. Z naszą pomocą chyba mu się to udało.
Dotąd beniaminków lekceważono...
- Od początku zapowiadaliśmy, że chcemy grać w środku tabeli. Wojtek Grzyb zdradził zresztą w jednym z wywiadów, że zabronił nam mówić, iż gramy o utrzymanie. Myślę, że tworzymy zgrany i całkiem niezły kolektyw. A na jakim miejscu zakończymy rundę? Czas pokaże. Mogę zapewnić, że powalczymy z każdym.
Nie za mało nowych twarzy pojawiło się latem na Cichej?
- Im więcej nowych twarzy, tym więcej potrzeba czasu, aby się zgrać. My się już znamy od roku - albo dłużej - więc wiemy na co kolegę z zespołu stać. Postawa nielicznych nabytków cieszy, bo w pierwszym meczu udowodnili oni, że dobrze zrobiono, stawiając na nich. Każdy w Chorzowie liczy, że równie dobrze będą się oni prezentowali w następnych kolejkach.
Podejrzewał pan rok temu, będąc zawodnikiem Gawina Królewska Wola, że może być jeszcze podstawowym ogniwem lidera Orange Ekstraklasy?
- Jasne, że nie. Do Gawina poszedłem, aby się odbudować po kontuzji. Marzyłem wówczas, żeby znów spróbować w II lidze, a tu tak fajnie wszystko się poukładało, że wywalczyłem trzeci awans do ekstraklasy. Najpierw były Śląsk Wrocław i Górnik Polkowice. Za każdym razem jest to nowe odczucie i doznanie. Przy okazji udowodniłem coś niektórym ludziom, którzy postawili na mnie krzyżyk. Małymi kroczkami dążyłem do celu, jakim jest gra na tym najwyższym szczeblu. Cieszy, że znów mogę zaistnieć w dużym formacie, jakim jest I liga.
Odczuwa pan na sobie oczekiwania działaczy i trenera w związku z tym, że ma pan już I-ligowe doświadczenie?
- Zdaję sobie sprawę, że są takie oczekiwania odnośnie mojej osoby. Obiecuję, że będę pomagał swoim kolegom i mam tylko nadzieję, że będę dobrze się z tego wywiązywał.
Ma pan zmysł pedagogiczny? Nadaje się do nauczania młodszych od siebie?
- Myślę, że w zawodzie nauczyciela bym się nie sprawdził. Swoim doświadczeniem zawsze chętnie się jednak dzielę. Maciek Sadlok? Powiem szczerze, że pozytywnie mnie zaskoczył. Podejrzewam, co przeżył z Dyskobolią, bo mając osiemnaście lat sam zadebiutowałem w ekstraklasie, w barwach Śląska Wrocław i też zagrałem na obronie, co wiąże się z dużą odpowiedzialnością.
A gdyby tak porównać Macieja Sadloka do 18-letniego Ireneusza Adamskiego?
- Wtedy grało się z ostatnim stoperem, czyli trójką obrońców, więc taktyka wyglądała inaczej. Gdy popełniłem błąd, to przeciwnik miał przed sobą już tylko bramkarza. A teraz jakby nie było, drugi środkowy defensor zawsze może pomóc. Maćkowi oczywiście - jak tylko będę mógł - pomogę, bo to fajny i ambitny chłopak. Może daleko zajść.
źródło: Sport
fot. Marcin Miler