Dwie doby, trzy państwa, trzy stolice i aż sześć odwiedzonych stadionów - zapraszamy do przeczytania relacji z powrotu Niebiescy.pl z Macedonii, gdzie w czwartek, 26 lipca Ruch Chorzów pokonał w eliminacjach do Ligi Europy Metalurg Skopje 3:0.
Kumanovo, gdzie odbył się mecz, opuściliśmy już o godz. 19:30, czyli 40 minut po meczu. Po porannym "zwiedzeniu" tego miasteczka wiedzieliśmy już, że panuje tam wszechobecna bieda, a najbliższa stacja benzynowa z prysznicem, restauracją i Internetem jest dwa kilometry dalej w kierunku Skopje, przy autostradzie.
Belgrad, Budapeszt, Bratysława - powrót Niebiescy.pl z Macedonii
(88 zdjęć, autor: Neo)
Na stacji spędziliśmy siedem godzin przed meczem, a później jeszcze dwie. W drogę powrotną wyruszyliśmy od razu po wrzuceniu na stronę relacji, wypowiedzi, zdjęć i trailera filmu. Zaopatrzyliśmy się jeszcze w zapas zimnej (przez pół godziny) wody i w parę minut dojechaliśmy do granicy z Serbią. Do tego kraju zdecydowanie łatwiej wjechać od strony Macedonii niż od Węgier. Tym razem bez czepiania i zbędnych pytań, ale oczywiście z krzywym spojrzeniem celnika. Później przekonaliśmy się, że ten naród niekoniecznie lubi Polaków, choć druga nasza teza głosi, że nie lubi... nikogo. Pilnujący granic rodacy Żeljko Djokicia sprawiają wrażenie jakby każdego podejrzewali o wszystko, dlatego woleliśmy nie sprawdzać ich podejścia do kiboli i na pytanie o cel wyjazdu, wskazaliśmy wakacje w Grecji.
Co do przekraczania granic, to mimo wszystko największe kontrole są na wjeździe do Unii Europejskiej. Węgierski celnik poprosił nas o otwarcie wypchanego do granic możliwości bagażnika (było widać, że nie chce mu się czekać aż to wszystko wyciągniemy) i zapytał:
Celnik: - Cigaretten?
B: - Nein.
Celnik: - Wie viel?
B: - My niy kurzymy.
Celnik: - ?
N: We don't smoke.
Uwierzył na słowo.
Pierwszym celem naszej podróży powrotnej był
BELGRAD, do którego dotarliśmy w piątek rano (w nocy musieliśmy jeszcze zrobić postój na 4-godzinną drzemkę; czterech z nas spało, a V., który ma zdolność spania wszędzie i w każdych warunkach, jako jedyny był już wyspany i w tym czasie... próbował się dogadać z Serbem; zarzekał się później, że prawie wszystko zrozumiał hehe). Plan wycieczki zaczynał się od stadionu 5-krotnego mistrza Jugosławii, OFK. Tutaj niestety zawiodła nas nawigacja. Dojechaliśmy pod wskazany adres, ale poza domkami i jednokierunkowymi uliczkami nic więcej tam nie było. Napotkany Serb nie znał żadnego języka obcego, ale rękami udało mu się wytłumaczyć, że do poszukiwanego przez nas obiektu musimy się cofnąć o 4 kilometry. Pojechaliśmy i "na miejscu" zaczepiliśmy kolejną osobę. Tym razem udało się porozmawiać po angielsku i dowiedzieliśmy się, że do stadionu jest jeszcze jakieś... 6 kilometrów.
Olaliśmy OFK :) O wiele bardziej zależało nam na odwiedzeniu świątyń dwóch innych klubów ze stolicy Serbii. Trafiliśmy bez problemu. Odległość między stadionami
Crvenej zvezdy i
Partizana jest chyba jeszcze mniejsza niż między Cracovią i Wisłą. Pieszo nie więcej niż 10 minut, samochodem dwie.
Najpierw poszliśmy zobaczyć Marakanę, gdzie dzień wcześniej "Czerwona gwiazda" zremisowała 3:3 z białoruskim Naftanem Nowopołock w eliminacjach Ligi Europy. Przy stadionie, który upiększony jest kibicowskim graffiti, walały się stosy śmieci, ale powoli zaczęły się pojawiać służby sprzątające. Zrobiliśmy sobie spacer w poszukiwaniu okazji wbicia się na trybuny i nagle, cud! 50 metrów dalej, przy jednym z wejść magazynierzy pakowali akurat coś do busa. Minutę później staliśmy już przy sektorze gości i pstrykaliśmy sobie fotki :)
Stadion? Znakomity. Ogromny (ponad 55 tysięcy pojemności, a rekord frekwencji to... 110 tys. widzów na meczu z Ferencvarosem, o którym jeszcze tutaj będzie :), zadaszony, a jednocześnie bardzo klimatyczny. Za drugą bramką znajduje się młyn Delije, w którym spokojnie zasiada ponad 10 tys. kiboli.
Marakanę udało nam się jeszcze zobaczyć z loży VIP, do której trafiliśmy przypadkiem, szukając sklepu z pamiątkami. Wrażenia jeszcze lepsze niż spod sektora gości. Na stadionie znajdują się dwa fanshopy: klubowy i kibicowski. Ten pierwszy - większy, z całkiem niezłym asortymentem, ceny dość wysokie. W sklepie Delije można kupić tylko kibicowskie ubrania oraz kilka innych gadżetów, ogólnie zdecydowanie słabiej niż w "Niebiescy" w Chorzowie Batorym.
Na Partizan podjechaliśmy z nadzieją, że również uda nam się dostać na trybuny. Tutaj tak łatwo nie było, ale gospodarz obiektu pozwolił wyjść na bieżnię, na której odbywał się akurat trening biegaczy (najprawdopodobniej). Stadion aktualnego mistrza Serbii może pomieścić niecałe 33 tysiące widzów, nie jest zadaszony. Na mnie osobiście zrobił spore wrażenie, ale nieco mniejsze niż obiekt Crvenej. Ekipa Partizana - Grobari - ma swój młyn także za jedną z bramek.
Klubowy sklep Partizana znajduje się na stadionie i asortymentem ustępuje swojemu odwiecznemu rywalowi. Pamiątki można kupić jedynie za serbskie dinary. Imponujący fanshop mają podobno Grobari, ale tam nie udało nam się dotrzeć.
Belgrad pożegnał nas deszczem. Przed opuszczeniem Serbii chcieliśmy jeszcze zobaczyć stadion Vojvodiny Nowy Sad, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, bo na godz. 14:00 mieliśmy być w
BUDAPESZCIE, gdzie czekał na nas 5-osobowy pokój w hostelu.
Hostel z zewnątrz wyglądał obiecująco, ale w środku... Austro-Węgry. Za 42 euro za dobę spodziewaliśmy się chociaż kompletnej kabiny prysznicowej. Była tylko jedna ścianka i już po pierwszej kąpieli w łazience wody po kostki, a kratka odpływowa niestety zapchana. Do stolicy Węgier nie przyjechaliśmy jednak, żeby siedzieć w pokoju. Godzinę później już nas w nim nie było.
W piątek odpuściliśmy zwiedzanie. Tym razem obiad i degustacja miejscowych specjałów :) Budapeszt to miejsce, które polecamy wszystkim. Zupełnie inna kultura. Wyobrażacie sobie wyjść na ulice Chorzowa z piwem i nie dostać prezentu w postaci mandatu? Wątpliwe. Tymczasem w Budapeszcie to normalka. Miejscowi i turyści w ogóle nie są niepokojeni przez policję. Pełny luz. A piwo w nocy na środku mostu nad Dunajem ma naprawdę jakiś inny smak... :)
Rano wręczyliśmy recepcjonistce vlepkę A4 z pozdrowieniami od kibiców Ruchu Chorzów i zaczęliśmy realizować nasz plan wycieczki po mieście słynącym z zajebiście ostrej papryki (niestety przekonaliśmy się o tym wieczorem, jedząc pizzę o nazwie "Magyarska"). Na dobry początek - siedziba najbardziej utytułowanego klubu Węgier,
Ferencvarosi Torna Club. Osiągnięcia "Zielonych Orłów" powalają na kolana:
- 28 tytułów mistrzowskich,
- 34 wicemistrzostwa,
- 22 razy trzecie miejsce,
- 20 razy Puchar Węgier,
- zdobywca Pucharu Miast Targowych (dziś Liga Europy).
Pod stadionem spotkaliśmy grupki kibiców zmierzających po bilety na wieczorne spotkanie z Kecskemeti TE. Najtańsza wejściówka kosztowała 500 forintów (około 7,50 zł), najdroższa 2.500 (37 zł). Z racji meczu nie mogliśmy wejść na trybuny, jednak dowiedzieliśmy się, że jest to możliwe od poniedziałku do piątku. Postanowiliśmy więc obejść ten niezadaszony, niespełna 20-tysięczny obiekt dookoła. Na murach, podobnie jak w Belgradzie, znajduje się sporo kibicowskich graffiti. Klubowy sklep niezbyt imponujący, raczej standardowy asortyment. Fanshopu kibiców przy stadionie nie było, ale też jakoś specjalnie go nie szukaliśmy.
Na meczu nie zostaliśmy, bo mieliśmy już inne plany, ale po powrocie z ciekawości sprawdziliśmy wynik. Było 1:1.
Po opuszczeniu dzielnicy Ferencvaros ruszyliśmy na
stadion narodowy im. Ferenca Puskasa, jednej z największych gwiazd węgierskiej piłki. Nigdy w życiu nie widzieliśmy takiego piłkarskiego kolosa. Nie chodzi o pojemność, ale o mury, zobaczcie to zdjęcie:
Stadion jest bardzo zaniedbany, porośnięty trawą. Wygląda jakby od dawna nic tam się nie działo. W Internecie przeczytaliśmy, że planowana jest jego rozbiórka i budowa w tym samym miejscu nowego, który będzie mógł pomieścić 40 tys. widzów, ale będzie też możliwość powiększenia do 55 tys. Obecny w przeszłości w rekordowym momencie mieścił ponad 100 tys. osób, jednak ogólnie około 70 tys.
Na koniec kameralny
obiekt im. Ferenca Szuszy, na którym swoje mecze rozgrywa 20-krotny mistrz kraju,
Ujpest. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od klubowego sklepiku i na dzień dobry niespodzianka: przeglądając leżącą na ladzie gazetkę "Saturdays Heroes" trafiliśmy na relacje z finału Pucharu Polski Ruch - Legia oraz ostatnich Wielkich Derbów Śląska. Przyjrzeliśmy się bardziej i... no tak, to nasze fotki z tych meczów! Niestety, nie były podpisane, ale po przeczytaniu stopki redakcyjnej okazało się, że magazyn wydaje polskie "To My Kibice". Chyba czeka nas rozmowa... ;)
Sam stadion typowo piłkarski, bez bieżni, w pełni zadaszony, z 15 tys. miejsc. Młyn fanów "Fioletowych" znajduje się za jedną z bramek, zaś sektor gości po przeciwnej stronie (wyróżniają go powyrywane krzesełka).
Przed pożegnaniem Budapesztu wstąpiliśmy jeszcze do supermarketu po węgierskie piwo (polecamy) i wiśniową coca-colę (inna niż w Polsce), a także na wzgórze zamkowe, z którego jest fantastyczny widok na całe miasto:
Nasz wyjazd planowaliśmy zakończyć meczem Slovan
BRATYSŁAWA - MSK Żilina, ale został on przesunięty z soboty na niedzielę i pozostało nam samo zwiedzenie stadionu zaprzyjaźnionej z Ruchem ekipy. Na terenie obiektu znajdują się dwa niewielkie sklepiki: klubowy i kibicowski, ale niestety były już zamknięte, więc wyjątkowo nie mamy z nich zdjęć, ale pewnie będzie kiedyś okazja, żeby je zrobić. Sam obiekt swoim kształtem przypomina Cichą 6. Różnica polega na tym, że znajduje się na nim bieżnia, a trybuna główna jest bardziej dopasowana do całości.
I tak nasza czterodniowa wyprawa zaczęła dobiegać końca. Ostatnie 380 kilometrów minęło dość szybko i po północy znowu zobaczyliśmy tablicę z napisem "Chorzów". Wróciliśmy wykończeni, ale niesamowicie zadowoleni, że zaliczyliśmy kolejny niezapomniany wyjazd za naszą drużyną. To jest prawdziwa sól życia kibica. Pamiętajcie - fanatyzmu nie ma końca. Do następnego!
Belgrad, Budapeszt, Bratysława - powrót Niebiescy.pl z Macedonii
(88 zdjęć, autor: Neo)
źródło: Niebiescy.pl