Powoli uczę się nazwisk piłkarzy, żeby potem nie wejść do szatni Ruchu i nie dopytywać się: "A kto ty jesteś?". Słowacki szkoleniowiec Duszan Radolsky w poniedziałek poprowadzi pierwszy trening niebieskich.
- Kogo o Pana nie zapytać wszyscy wypowiadają się dobrze lub bardzo dobrze.
Duszan Radolsky: - Miło to słyszeć. U nas mówią, że jeżeli z tego powtarzają ludzie sprawdzi się 50 procent to już jest świetnie [śmiech].
- O opinię spytałem też Michala Belicę, słowackiego hokeistę Zagłębia Sosnowiec. On też od razu powiedział "świetny wybór". A Pan interesuje się hokejem?
- Oczywiście. W mojej rodzinnej Trnawie nawet grałem w hokeja!
- Grał Pan też w piłkę. Na jakiej pozycji?
- Byłem stoperem.
- Pytam, bo trenerom, którzy mają za sobą karierę piłkarza zdarza się patrzeć na piłkę przez pryzmat pozycji na której grali?
- Coś w tym jest. Przecież wszystko zaczyna się od obrony. Tak jest na lodzie, pod koszem, ale i na boisku. Nie stracisz bramki to już połowa sukcesu, bo przecież na pewno nie przegrasz. Tak, obrona to podstawa!
- Ostatnie dni spędził Pan na analizie meczów Ruchu nagranych na taśmach wideo. Rozpoznaje Pan już sylwetki piłkarzy bez pudła?
- Z jednym nie mam najmniejszego problemu, to Grażvydas Mikulenas, którego wyróżnia bujna czupryna [śmiech]. Ale znam też innych - Wojtka Grzyba, Ireneusza Adamskiego czy Tomka Sokołowskiego. Powoli uczę się ich nazwisk, żeby potem nie wejść do szatni i nie dopytywać się - "A kto ty jesteś?" - jak na pierwszej lekcji w szkole.
- Gdy polski zespół obejmuje zagraniczny trener zazwyczaj w składzie pojawiają się też piłkarze z jego kraju. Tak będzie i w Chorzowie?
- Nie można tego wykluczyć [na testach był już Peter Basista - przyp.red.]. Na razie naprawdę trudno mi powiedzieć kto przyjedzie, a z kim przyjdzie nam się rozstać. Będę mądrzejszy po rozmowach z działaczami.
- Razem z trenerem Markiem Wleciałowskim odszedł też doktor Jerzy Wielkoszyński, który odpowiadał m.in za przygotowania kondycyjne piłkarzy. Będzie Pan szukał takiego specjalisty?
- Zespół poprowadzę razem z Tomaszem Fornalikiem i Ryszardem Kołodziejczykiem. Czy będzie ktoś jeszcze? Nie sądzę. Na pewno zrobimy jednak testy, badania i solidnie je przeanalizujemy.
- Jak tak prześledzić Pana karierę to można wysnuć wniosek, że nie może Pan usiedzieć w jednym miejscu. Dużo tych klubów Duszana Radlosky'ego!
- Dużo, ale w kilku robiłem za - jak wy to mówicie - "strażaka". Podpisywałem krótki, trzy miesięczny kontrakt z zadaniem utrzymania drużyny w lidze. Tak było m.in w Bardejovie czy Ołomuńcu. Za swoją porażkę mogę uznać tylko pobyt w Dubaju. Inna kultura, bariera językowa - nie tak to sobie wyobrażałem.
- Ruch to obok Slovana Bratysława chyba największy klub w którym przyszło Panu pracować?
- Znam piękną historię klubu z Chorzowa. To rzeczywiście wyjątkowe miejsce.
- Na Cichej przyjdzie się Panu zmierzyć z legendą innego słowackiego trenera, czyli Michala Vicana...
- Wiem, wiem. Gdy byłem młodym szkoleniowcem, a działo się to bodaj w 1984 r. miałem okazję spotkać słynnego Vicana. On prowadził klub z Bratysławy, a ja byłem asystentem w Trnawie. Przed meczem podszedł do mnie i rzekł: "Witaj w I lidze. Wszystkiego najlepszego". Słowacy bardzo dobrze go wspominają.
- Informację o tym, że podpisał Pan kontrakt z Ruchem podały wszystkie słowackie media, a gazeta "Plus Jeden Den" zamieściła nawet zdjęcie z chwili, gdy podpisuje Pan kontrakt. Żadnej polskiej gazecie to się nie udało! Kto zrobił to zdjęcie?
- Mój dobry przyjaciel zrobił je telefonem komórkowym. A ukazało się w tej gazecie, bo tam pracuje moja córka. Monika jest szefem działu sportu.
- Pewnie będzie Pan tęsknił za rodziną, za czym jeszcze?
- Oj, za rodziną bardzo, szczególnie za wnukami. Będzie mi też brakowało mojej Trnavy. Nie potrafiłbym żyć w innym mieście. Pocieszam się, że to tylko 320 km od Chorzowa.
- Gdy Pana nominacja stała się faktem Gazeta Wyborcza napisała, że piłkarze mogą zapomnieć o piwie po meczu. To prawda?
- Będę jeszcze z nimi na ten temat rozmawiał. Nie mówię, że piwo jest złe, ale może nie zaraz po meczu... Wiem, że nie będzie ich łatwo przekonać. W kadrze jest wielu doświadczonych zawodników, którym pewnie będzie trudno zmienić przyzwyczajenia.
- Vican dla odmiany nie tolerował coca-coli...
- Coca-cola to ka-ta-stro-fa! Tylko sieje spustoszenie w organizmie. Postaram się to wytłumaczyć drużynie...
- Gdy pracował Pan w Groclinie głośno było też o Pana przykazaniach, którymi powinien kierować się każdy piłkarz.
- Mam aż jedenaście takich zasad i postaram się je wprowadzić w życie - także w Chorzowie. Pierwsi dowiedzą się o nich piłkarze. Mówią o mnie, że lubię dyscyplinę. Uważam, że to normalne, ale to nie oznacza, że nie traktuję piłkarzy po partnersku.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
foto: Marcin Miler