Gdy stało się faktem, że zespół Ruchu poprowadzi Duszan Radolsky, na chorzowskich piłkarzy padł blady strach. Słowak uchodzi za fanatyka ciężkiej pracy, dyscypliny i zdrowego trybu życia.
Działacze niebieskich wiedzą, że zgotowali swoim zawodnikom ciężki los. - O piwie po wygranym meczu mogą zapomnieć - mówili zaraz po wyborze nowego szkoleniowca. - Jak to?! Naprawdę?! - dopytywali się zawodnicy, z którymi rozmawialiśmy. - Hmm... Organizmu nie da się oszukać. To lata przyzwyczajeń - przekonywali.
Niebiescy dowiedzą się o tym co im wolno, a czego nie w przyszłym tygodniu, gdy zespół rozpocznie przygotowania do sezonu. Słowak na pewno wprowadzi wtedy szczegółowy regulamin. Opinia o ciężkiej ręce Radolsky'ego ciągnie się od czasu, gdy cztery lata temu objął rządy w Groclinie Grodzisk Wielkopolski. Media donosiły wtedy, że do Polski "przybywa kat".
- Kiedy będzie dyscyplina w szatni, na obiedzie, w kawiarni, na stadionie, to będzie też dyscyplina na boisku. Taka jest moja filozofia. Nie sądzę, żeby piłkarze mówili o mnie, że jestem surowy. Wytłumaczyłem im, dlaczego nie może być sytuacji, że 20 piłkarzy czeka na jednego, który się spóźnia. Piłkarz nie może też rozmawiać w szatni przez telefon komórkowy. Przecież to jest jego miejsce pracy, ma się koncentrować tylko na piłce. Liczy się dobro drużyny. Jeśli jeden zawodnik nie może się dostosować do zespołu, to niech zacznie trenować lekkoatletykę - mówił "Gazecie".
Gdy w 2005 r. razem z Groclinem wywalczył Puchar Polski powiedział swoim piłkarzom, że zdjęcie z pucharem mogą sobie powiesić z jednej strony łóżka, ale do pracy niech wstają z drugiej... W swojej pracy Słowak kieruje się pięcioma przykazaniami:
1. Graj ofensywnie
2. Szybko podawaj
3. Myśl z wyprzedzeniem
4. Podaj piłkę, zamiast z nią biegać
5. Żyj na boisku z drużyną
- Moi piłkarze muszą być silni, mieć zakodowane w głowie: jeśli dziś przegrałeś, to od jutra myśl tylko o tym, żeby wygrać następny mecz. Jeśli nie będziesz chciał zwycięstwa, to na pewno nie wygrasz - tłumaczył.
56-letni Radolsky preferuje grę systemem 4-4-2. Za swój największy sukces uznaje udział w igrzyskach olimpijskich w Sydney z drużyną Słowacji, a także czwarte miejsce w młodzieżowych mistrzostwach Europy. W 2000 r. został wybrany trenerem roku na Słowacji. Prowadził też pierwszą reprezentację swojego kraju i to akurat w meczu z Polską [przegrał 1:3 - przyp. red.]. Pochodzący z Trnavy szkoleniowiec trenował też Union Cheb, Sigmę Ołomuniec, SKP Hradec Kralove, Synot Stare Mesto i Slovan Bratyslava. Pracował też w Zjednoczonych Emiratach Arabskich z I-ligowym Al-Shabab Dubaj.
Następca Vicana
Z chorzowskim klubem pracował już słowacki trener, za którym starsi kibice tęsknią do dziś. To Michal Vican, którego wielu uważa za najlepszego trenera w historii klubu. Był to człowiek twardy i bezkompromisowy. Piłkarze, którzy mieli okazję z nim pracować, podkreślają, że "otworzył im oczy na Europę".
Słowaka ściągnął do Chorzowa latem 1971 r. prezes Ryszard Trzcionka. Vican był już wtedy znanym i szanowanym szkoleniowcem - dwa lata wcześniej wywalczył Puchar Europy Zdobywców Pucharów ze Slovanem Bratysława.
Vican nie tolerował picia alkoholu i... coca-coli. Nieraz przechadzał się po Chorzowie i znienacka wpadał do lokali, gdzie zwykli przesiadywać piłkarze. Gdy kogoś przyłapał nad kuflem piwa, był bezlitosny. Piłkarze płacili kary (500 zł), a wycisk, jaki Słowak dawał im podczas treningów, obrósł legendą. - W olbrzymim upale kazał nam biegać sto razy po sto metrów - wspomina Jan Benigier, przed laty znakomity napastnik Ruchu. Chorzowianie trenowali też w specjalnych kurtkach obciążonych ołowiem. Vican z Ruchem zdobył dwa tytuły mistrzowskie i Puchar Polski). Pożegnał się z klubem w kwietniu 1976 r. Zmarł dziesięć lat później.
źródło: Gazeta Wyborcza