Po awansie do ekstraklasy kibice śpiewali pod jego oknem przez pół nocy! - Nie wiem co na to sąsiedzi, ale jak dla mnie to mogą śpiewać nawet codziennie - śmieje się Wojciech Grzyb, kapitan niebieskich.
Miłość Grzyba do Ruchu to trochę historia jak z kart starego romansu. Co pół roku mówiło się, że piłkarz trafi na Cichą, tymczasem lata mijały. Wychowanek chorzowskiego klubu grał na Cichej tylko w grupach juniorskich. Potem piłkarski los rzucił go do Górnika Mysłowice, Victorii Jaworzno, Ruchu Radzionków i Odry Wodzisław. Wszędzie stawiano go za wzór solidności. Niebieską koszulkę włożył dopiero po 12 latach przerwy!
- Pierwsze wspomnienie związane z Ruchem?
Wojciech Grzyb: - Tramwaj linii 14. Jedziemy z tatą na mecz. Jestem podekscytowany, stadion jest pełen ludzi, bo też wtedy prawie na każdym meczu był komplet. Zwycięstwo, porażka... A czy to ważne? Wracamy do Mysłowic jeszcze bardziej zapchanym tramwajem, w rękach trzymam niebieski szalik.
- Czyli bez taty tej wielkiej miłości do Ruchu by nie było?
- Czy ja wiem? Dorastałem w dzielnicy Piasek. W moich rejonach mieszkali głównie kibice GKS-u Katowice, ale były też niebieskie egzemplarze. Ja też chciałem taki być, trochę na przekór innym. Za miłość do Ruchu nigdy jednak w łeb nie dostałem.
- Pierwsze boisko?
- Jak to na Śląsku, zwykły kawałek placu. Dziurawy, z cegłówkami zamiast słupków. Jak już za bramkę robił trzepak, to był wielki luksus. Grało się do dziesięciu, po pięciu golach zmienialiśmy się połowami. I tak w kółko, przez cały dzień.
- Zawsze chciał Pan być obrońcą?
- A gdzie tam! Nikt nie chce być obrońcą czy tyrającym za innych pomocnikiem. Wszyscy chcą strzelać gole, chociaż zdarzają się i bramkarze. Należałem do tej pierwszej grupy. Nawet dużo strzelałem! Z moją szkołą dwa razy zdobyłem mistrzostwo Mysłowic. Wybrano mnie nawet na najlepszego zawodnika.
- A skąd pomysł, by zacząć treningi na Cichej?
- Tata pewnego dnia podjął decyzję, że trzeba wykonać kolejny krok. Znowu zatłoczona "bana", znowu podróż i podekscytowanie. Czułem, że jestem dobry, ale na Kresach szybko sprowadzono mnie na ziemię. Piętnastu czy nawet dwudziestu chłopaków było ode mnie lepszych! Na pierwszym treningu trafiłem do grupy naborowej prowadzonej przez samego Gerarda Cieślika. Pan Gerard zdążył jednak tylko zapytać, który jestem rocznik, i zaraz trafiłem do trenera Darka Kotuchny. Tak to się zaczęło.
- Wielu chłopaków z tamtej grupy gra jeszcze w piłkę?
- Chyba tylko Rafał Baucz, i to w IV lidze. Z pół roku temu zorganizowaliśmy sobie spotkanie piłkarzy z tamtego rocznika. Gdy okazało się, że na boisku zarabiam właściwie tylko ja, wielu łapało się za głowę. Jak to możliwe?! Zawsze byłem za mały, za lekki, za słaby. Ot, wykapany rezerwowy.
- To skąd te 160 spotkań w ekstraklasie?
- Nieskromnie tak mówić o sobie, ale chyba zadecydował charakter. Do tego trochę szczęścia i upór. Przez ten upór zniechęcam do siebie ludzi. Potrafię być niemiły, bo jestem bardzo wymagający.
- Na powrót do Ruchu czekał Pan długie 12 lat. Były momenty kryzysu?
- Były... Gdy odchodziłem z Ruchu Radzionków, to bardzo liczyłem, że trafię na Cichą. Nie, nie prosiłem się. Na to nie pozwalał mi honor. Nie potrafiłem jednak zrozumieć, że w Ruchu jest miejsce dla chłopaków z Łodzi i Krakowa, a nie dla mnie, gościa o niebieskim sercu.
- Jest Pan w Ruchu zaledwie półtora roku, a kibice traktują Pana niczym wyrocznię. Jest Pan dla nich jak gwiazda rocka dla rozkapryszonych nastolatek. Były czasy Gerarda Cieślika, Krzysztofa Warzychy i Mariusza Śrutwy, a teraz nastał okres Wojciecha Grzyba.
- Gdzie mnie tam porównywać się do tych piłkarzy! Gram w Chorzowie bardzo krótko, ale przyznam, że takiej atmosfery nie doświadczyłem w żadnym, innym klubie.
- W Wodzisławiu wybrano Pana na piłkarza roku.
- Ale potem atmosfera się popsuła, bo też wyrwałem się z tą moją miłością do Ruchu.
- Kto Panu kazał wtedy chodzić w szaliku Ruchu czy wkładać pod koszulkę coś niebieskiego?!
- Zawsze uważałem, że kibice powinni mnie cenić za to, co robię na boisku, a nie poza nim. Mam nadzieję, że tak będzie do końca mojej kariery...przepraszam...przygody z piłką.
- Co Pan czuje, gdy cały stadion śpiewa "Grzybek, Grzybek KS Ruch"?
- Niezwykła chwila! Największe, wymarzone podziękowanie. W tym momencie jestem przekonany, że warto było wykupić się z Odry, zerwać ważny kontrakt i wreszcie zagrać na Cichej.
- Kibice dają Panu odczuć, że jest Pan dla nich kimś wyjątkowym?
- Teraz mieszkam w Siemianowicach i przyznam, że często zaczepiają mnie na ulicy nieznane mi osoby i pytają: "Wygrocie? Awansujecie?". Niektórzy nie mają tyle odwagi, ale widzę ich ukradkowe spojrzenia, wskazywanie palcami. Po ostatnim meczu sezonu jakaś grupa śpiewała w nocy pod moim oknem. Nie wiem, co na to sąsiedzi, ale jak dla mnie, to mogą śpiewać nawet codziennie.
- Jest Pan też kapitanem Ruchu, to chyba dodatkowy powód do dumy?
- Pewnie. Zostanę zapamiętany jako ten, który wprowadził zespół do ekstraklasy. Zastąpiłem Mariusza Śrutwę, ale przyznam, że wcale się do tego nie spieszyłem. Gdyby nie koledzy na pewno bym się nie zdecydował. Myślę, że teraz żałują, że mnie wybrali. Jak już mówiłem, bywam bardzo niemiły. W szatni na nich krzyczę, padają też ostre słowa. Chociaż może nie jest tak źle? Zdarza się, że po meczu idziemy razem coś zjeść i atmosfera jest wspaniała.
- Grał Pan w pięciu klubach, ale nigdy poza Śląskiem. To świadomy wybór?
- Raczej przypadek. Lubię Śląsk, spędziłem tu całe życie i na razie nigdzie się nie wybieram. Po drugiej stronie Przemszy grałem tylko raz, w Jaworznie, ale to też województwo śląskie więc pewnie się nie liczy.
- Ciągle czeka Pan na pierwszego gola na stadionie przy ulicy Cichej. Czy to już Pana nie męczy?
- Koszmarów nie mam, ale przyznam, że chciałbym to mieć już za sobą. Chociaż wtedy wszyscy pewnie zaczną mnie pytać kiedy strzelę drugiego. Wierzę, że to będzie jedna z pierwszych bramek dla Ruchu w ekstraklasie. Wiem, że będzie smakować wyjątkowo... po takim wyczekiwaniu!
- Jak Ruch będzie grał w ekstraklasie?
- Jeszcze o tym nie myślałem. Ostatnie tygodnie to nieustanne święto. W szatni śmiechy, żarty nikt jakoś nie powiedział: "Panowie, liga już za dwa miesiące! Co trzeba zrobić, by dobrze zagrać?". Poczekajmy na to jaki zespół zbudują działacze, a potem będziemy się martwić. Ja wierzę, że będzie dobrze.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice